czwartek, 29 grudnia 2011

Święta, święta... /50

Święta, świąta i po świętach. Coroczny slogan, który uświadami nam, że to na co czekaliśmy tak długo, to do czego przygotowania trwały tyle czasu, to przez co atmosfera gęstniała z każdą chwilą już minęło. Bardzo szybko, te namacalne, odczuwalne, przeżywane, celebrowane – jak kto woli – święta. Pstryk i znikł. Magiczne, zdrowe, pełne błogosławieństwa i całej tej produkowanej w powtarzalnych życzeniach otoczki, która pękła niewiadomo kiedy i niewiadomo gdzie, daleko we wspomnieniach. Próbuję się zastanawiać kiedy się to stało, w którym momencie, w jakiej sytuacji. Magia świąt, cudowne wspomnienia, zapachy, oczekiwanie i brak męczącej powtarzalności. Woń świerkowego igliwia, przypraw korzennych i skórki pomarańczowej. Przebłyski z dzieciństwa o zagranicznej paczce od rodziny, radość oczekiwania najpierw świąt, później prezentów, chwil spędzonych razem. Trwanie, którego na co dzień z różnych powodów mogło brakować. Dzisiaj w każdej dziedzinie życia mamy dużo, szybko, kolorowo. Przerost formy nad treścią. Facet przebrany za Mikołaja już 2 listopada czeka na zapleczu supermarketu by szybko wybiec posprzątać sterty zniczy, zaciągnąć w róg spryskaną sztucznym śniegiem plastikową choinkę i wydusić z siebie amerykańskie ho ho ho. Później to wszystko coraz bardziej zaczyna kiełkować i pracuje na przedświąteczną gorączkę, która pęka w przedostatnim tygodniu grudnia. Jedni ludzie oblegają sklepy a drudzy nie mogą się im nadziwić narzekając na to natężenie ruchu wokół wszystkich skupisk, w których coś można nabyć drogą kupna. Z tym, że ta druga grupa przybyła tam w tym samym celu, co najśmieszniejsze zwiększając liczebność grupy pierwszej. Później budzimy się dzień po świętach, kiedy to trzeba wrócić do swoich codziennych obowiązków, może trochę bardziej niewyspani, mocno najedzeni i gdyby nie wizja nadchodzącego na dniach Sylwestra pewnie odczuwalibyśmy większy niedosyt.

wpis w wersji audio >>

sobota, 10 grudnia 2011

twórcza niemoc / 49

Turlam się od minuty.
Przewracam dobry kwadrans, z boku na bok.
Wiercę się tak ponad godzinę.

Gdy byłem młodszy kolekcjonowałem banały. Zbierałem masę słów, ubierałem je w kolorowe ubranka, przecinałem kropkami i układałem w nierównych szeregach. Pielęgnowałem te moje kolekcje całymi dniami. Rozrastały się do przyjemnych rozmiarów, cieszyły oko, ucho. Powoli najpierw nieśmiało dzieliłem się nimi ze światem, później coraz bardziej odważnie, aż po ciche utwierdzanie się w przekonaniu, że to co robię jest dobre.

Nic bardziej mylnego.

Dzisiaj jestem o te x lat starszy. Ciągle za młody ale jednak posiadam już sito o drobniejszych oczkach. Sito, które po otworzeniu moich zakurzonych ksiąg pozwala mi dokonywać selekcji tego co wyprodukowałem. Odławiam coraz więcej tego co mam wrażenie nie powinno ujrzeć światła dziennego. Łamie słowa, zdania, całe akapity. Nie zostawiam na nich suchej nitki podczas jednoosobowej cichej krytyki.

Turlam się od minuty.
Przewracam dobry kwadrans, z boku na bok.
Wiercę się tak ponad godzinę.
Turlam się w twórczej niemocy.

wpis w wersji audio>>

wtorek, 22 listopada 2011

mroźny oddech / 48

Wieczorami, gdy zasiadam przy stoliku w kuchni widzę jak opustoszał mój krajobraz. Ostatnie liście dawno spadły z drzew, a cała reszta wyłaniająca się z mroku coraz częściej pokryta jest gęstą mgłą. Kontury budynków, różnokolorowe światła zakładów czy gęsty unoszący się dym nad kominem pobliskiej stolarni, to nieodłączne elementy tego jesiennego obrazu. Ucinam sobie takie nocne spacery od okna do okna. Cichy szelest pantofli depczących po skrzypiącym parkiecie znaczy niewidzialne ścieżki.
Z drugiej strony szkielety ogołoconych drzew, małe tlące się światło stacji paliw, która dopiero wiosną obudzi się na całą dobę. Gdy świat nie tonie we mgle widać czerwone światełka oddalonej o kilkanaście kilometrów telewizyjnej stacji nadawczej. Słyszę przejeżdżające nieopodal samochody. Ktoś późną nocą wybrał się w podróż, wraca do domu z pracy albo w tym samym celu z tego domu przed chwilą wyruszył. To wszystko takie przewidywalne, na swój sposób spokojnie czeka na kolejny późnojesienny mroźny oddech. Bo jeszcze tej nocy spadnie pierwszy w tym roku śnieg.

_______
Wpis w wersji audio <<

poniedziałek, 31 października 2011

trzęsienie czasu / 47

Dostałem dzisiaj jedną godzinę więcej. To znaczy w ramach kredytu, jak wiele rzeczy w życiu. Będę musiał ją zwrócić wiosną, gdy wszystko wróci do normy. A może to dzisiaj wszystko wróciło do normy po wiosennej roszadzie? Bez znaczenia. Czas przestawił nocą pory dnia. I znowu człowiek będzie wstawał po ciemku, wracał z pracy po ciemku. Jesienna szarobura rzeczywistość, depresyjna pożywka każdego dnia i tak przez sporą część jesieni i przez całą zimę, w oczekiwaniu na wiosenną spłatę. Rosjanie zrezygnowali z tego szaleństwa, w marcu po raz ostatni przestawili zegarki i powiedzieli koniec. W sobotę, ich czasomierze nie były zagrożone, nic nie zaburzyło ich budowanej przez miesiące równowagi, dzięki temu nie będą snuć się chodnikami przez cały tydzień niczym widma poszukujące czegoś nieokreślonego. A to z pewnością będzie miało miejsce u nas i w wielu miejscach na ziemi. Oj czepiam się, bo dla mnie w obecnej sytuacji nie ma to większego znaczenia. Wstanę o 9tej czyli tak naprawdę o byłej 10tej, czy wstanę o 10tej tzn. tak naprawdę 11stej czy może zerwę się o 6stej... która to będzie na stary czas(?) tzn. na ten z wczoraj zanim wszystko się poprzestawiało. Bez znaczenia, gdy nigdzie nie idę, gdy nic nie robię, gdy nic nie czeka. Uciekam tylko od podobieństwa dnia poprzedniego. A jeszcze jak wczoraj słyszę powietrze szumiące w nieszczelnych szybach samochodu, dźwięk stukających opon, trzeszczących plastików. Gdyby ktoś mnie spytał jaki dźwięk mają uciekające kilometry to chyba właśnie to przyszłoby mi do głowy. Te nieszczelności, stukania, trzeszczenia i dźwięki z radia. We wtorek trójka miała dzień polski, zastanawiam się czy jest druga taka rozgłośnia w Polsce, która pozwala sobie na to by puścić prawie 10minutowy utwór w całości. I tak uciekały mi te kilometry, brzmiał wokoło standardowy zestaw dźwięków ubrany w Korowód Marka Grechuty. Przede mną zwijały się białe przerywane paski namalowane na asfalcie, a z obu stron na wietrze poruszały się jesienne już lasu liście. W takich chwilach człowiek zostając sam ze sobą nie potrzebuje chyba nic więcej jak prostej przyjemności czerpanej z tego, w jakiej sytuacji się znajduje, co robi, o czym myśli, skąd i dokąd zmierza. I co najwyżej mogę się rozmarzyć o tym by takich wyjazdów było jak najwięcej, szczególnie jeśli tak mocno zmieniają z pozoru przewidywalne życie.
_________
Wpis w wersji audio > > >

piątek, 7 października 2011

zimno / 46

Jest mi zimno, szaro, nijak.
Grzeje się owocową herbatą i piosenką, która ma przeogromny ładunek emocjonalny.
Myślę o ostatnich 6 tygodniach, życie jest przewrotne. Ciągle mnie zaskakuje.
Boję się... ale to pozytywny strach. Nie mogę się doczekać...

poniedziałek, 3 października 2011

porządek /45

Moje życie to nieustanne zaczynanie wszystkiego od nowa. Od zera, od podstaw. Pielęgnowanie tysiąca rzeczy, którymi się zajmuję bądź którymi zajmować bym się chciał. Dążenie do zrobienia czegoś na sto procent i jednoczesne porzucanie tego w momencie, gdy zaczyna rozrastać się do pewnych rozmiarów i uciska zakres innego działania. Chaos zamiast kilku poukładanych spraw. Bałagan w zakładkach obowiązki i przyjemności. A najgorsze, że ciągle wmawiam sobie, że jest czas by to poskładać i ciągle jest czas, żeby po raz n-ty zaczynać od nowa. Tylko nie ma i nigdy już nie będzie tego straconego czasu pomiędzy.

Znowu nie wszystko układa się tak jak trzeba, a ja się cieszę, bo jednocześnie otwiera to inne możliwości.
Tymczasem w najbliższą sobotę zamykam sezon weselny 2011, zaliczam wybory pełną parą, a później mogę wyjechać w kolejną podróż. Za 5 zł umyję czarny karawan, doleję DOT4, zatankuję cholernie drogiej ropy i zrobię przegląd jesiennej Polski. Alternatywnie przytulę się do PKP. W sumie bez znaczenia środek, istotny cel. Sporo jesiennej radości i szczęścia, które czeka odliczając tak jak ja.

A gdy wrócę, to znowu zaczynam... ;)
Poważnie!

środa, 7 września 2011

taki mix / 44

Głowę mam pełną myśli niespokojnych.
Chodzę podekscytowany od kilku dobrych dni.
Od kilku kolejnych wkurw.... do granic możliwości.
W weekend miałem być za Poznaniem. Żegnać kolejnego kolegę, który to stan skupienia postanowił zmienić, wpadając w objęcia swej przyszłej małżonki, swoją drogą niczego sobie Joanny przyjemnej, którą jakby to czytać czytała to bym pozdrowił.
Nie ma mnie, nie będzie. Mierzyć się z masą edukacyjną po raz wtóry mi przychodzi. A z tej miary ani chleba nie będzie, ani nawet pieca co by w nim ten chleb upiec nie zagrzałem. Stresuje się jak cholera. Nie chcę zmarnować jakiejś snutej miesiącami nici, ale też za wiele nie robię aby zmierzyć się z tą materią, która jak na złość i za nic w świecie nie chce się skondensować do rozmiarów, które moja głowa potrafi pomieścić. Jestem nienauczalny ustaw w stosunku 1:1 Przerażają mnie paragrafy, kropki, przecinki.
A tak najbardziej to się boję nie tego co być by mogło i co będzie, tylko tego co inni powiedzą bądź pomyślą. Nie potrafię spowodować, żeby mi to wisiało tak do końca. Rysuje w głowie wykres potencjalnej konsekwencji, ta kreska czerwona na tym wykresie jest gruba, widoczna, snuje się do przodu, niby znika za horyzontem, ale ciągle słychać dźwięk jaki powstał podczas jej kreślenia.

A wczoraj Niemcy w ostatniej sekundzie odbierali szczęście polskiej reprezentacji. Nie żebym był fanem piłki. Po prostu czasami zielone mnie uspokaja. Szczególnie jak stoję na obrzeżach murawy i słyszę te wszystkie krzyki towarzyszące biegającej gromadce spoconych facetów.
A wczoraj to się działo na PGE Arena. I sobie przypomniałem jak 20 dni temu zrobiliśmy sobie wesołą gromadką popołudniowy spacer po Gdańsku, właśnie w celu obejrzenia stadionu z zewnątrz.
Okolica jest paskudna. Stare torowiska, obskurne magazyny, zaniedbane ogródki działkowe. Tylko ludzie kolorowi. Nas tam nie ma, ich tam nie ma. I jak chwilami jeszcze przyłapie się, że żyje tym co było "wczoraj" to zastanawiam się kiedy będzie kolejne "jutro" z miejscem na spotkania, rozmowy, beztroskie trwanie w doborowym towarzystwie.

Dałem się życiu wytrącić z równowagi. I teraz dryfuje.
Motam się od bezgranicznego podekscytowania do smętnego zamyślenia.







czwartek, 25 sierpnia 2011

przewróciło się / 43

Po 11 dniach wędrowania po Polsce, spotkań z ludźmi, przeżywaniem tego wszystkiego co działo się wokół mnie zeszło już całe ciśnienie. I nagle życie staje się smutne jak dworzec w Kotomierzu. Dobrze, że "jutro będzie niebo" ;-)


środa, 10 sierpnia 2011

paprykowo / gastro faza


magia oderwanych chwil /42

Nie piszę, bo może mam wrażenie, że nic się nie dzieje. Nic w porównaniu do tego co było i do tego co będzie (pomimo, że plastycznie, fizycznie jeszcze nie ukształtowane). W zeszłym tygodniu byłem na weselu, bardzo przyjemnym. Kolega ze studiów odchodził w niepamięć, oddawał się w sidła małżeństwa, tracił się na naszych oczach... tfu... no może przesadzam. Zdecydowanie przesadzam. Dużo szczęścia im życzę, jak zawsze w takich sytuacjach, bo mam wrażenie, że coraz trudniej o pary setki, o ludzi dogadujących się na płaszczyźnie pojmowania własnych potrzeb, dzielących się pasjami, dającymi sobie zdrową przestrzeń do działania i spełniania się w tym co kochamy, bądź podejmowaniu chociaż takich prób.

Może nie wyglądało, ale staję z boku i mam wrażenie, że bawiłem się dobrze. Cieszyłem się obecnością pozytywnych ludzi i całym sobą chłonąłem to fantastyczne miejsce. Gdy o 5 rano po weselnej nocy wypłynęliśmy z samochodu, by z miarką w dłoni usiąść na ławeczce przed domem panny młodej i zobaczyłem, że z trzech stron otaczają nas porośnięte lasem , osnute mgłą góry to serce zabiło mocno. Są takie miejsca, w których bez zastanowienia chcielibyśmy zamieszkać, tak samo jak chcielibyśmy trwać tak o piątej, o szóstej rano napełniając miarkę i rozmawiając o bardziej czy mniej ważnych w życiu rzeczach. Nierealność pewnych sytuacji sprowadza nas na ziemię, pokazując jednocześnie, że warto żyć w oczekiwaniu na chwile, które w jakiś sposób, bardzo przyjemnie zapadają w naszej pamięci.

Ostatnie dni znikały jeden za drugim. Większość czasu spędzałem w "krainie marmurowego salcesonu". Większość czasu bez klientów, bez zajęcia, z poczuciem przemijania czegoś co w naszym życiu towarzyszyło przez kilkanaście lat, a co za kilka chwil odejdzie w niepamięć. Paradoksalnie byłem zajęty, mając równocześnie czas na załatwienie kilku mniejszych i większych spraw. Nie zmienia to faktu, że nad wieloma z tych rzeczy od dłuższego już czasu nie panuje. Może nie chcę panować? Nachodzą mnie takie momenty lekkości codziennego trwania i staram się wtedy wycisnąć z nich jak najwięcej najczystszej radości. Tak, żeby mieć zapas, gdyby zaraz miały nadejść smutki, które czają się za rogiem i lubią podszczypać w najmniej oczekiwanym momencie. Chociaż te na najbliższy czas odsuniemy w kąt.


Myślami znów jestem w drodze. Zaczynam się stresować. W obawie przed niespodziewanym zadbałem o jakieś tam bezpieczeństwo, a bardziej komfort psychiczny, i tak gdyby coś wydarzyło się w trasie, to nie zostanę sam ze swoim problemem ani nie zafunduje sobie lawiny kosztów, które zeżrą mnie doszczętnie. Szczególnie teraz, gdy byłoby to przysłowiowym gwoździem...
Traktuje to wszystko jako jedną z nielicznych przygód w moim życiu, wypełnionych właśnie takimi z pozoru nierealnymi sytuacjami, których się nie zapomina jak tą przydomową ławkę z widokiem na góry o 5 rano.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

czwartek, 28 lipca 2011

deszczowe rozproszenie myśli / 41

Gdzieś między jednym a drugim dusznym dniem, stoję przy garnkach przerabiając warzywa na bardziej lub mniej kształtne potrawy a jestem ostatnio w tym wyjątkowo nieudolny. Uciekam gdzieś myślami. Nie padało dzisiaj cały dzień. Może to namiastka sierpnia, który podobno ma być pogodny, bo o pogodę ducha na pewno zadbają atrakcje. Ostatni weekend lipca rozpoczyna moje "weselne tournee 2011". Dobrze mi to zrobi. Te wszystkie spotkania, które się szykują. Ludzie, których nie widziałem x czasu i Ci, których dopiero poznam (chociaż mam wrażenie, że znam ich od lat). Równe 2 tygodnie i wsiadam za kółko przewijać kilometry nierównej walki z polskim asfaltem, a wszystko w zamian za wrażenia na które czekam od dawna. Im bliżej tych dat tym czekanie bywa coraz bardziej przyjemne. Na myśl o tym przychodzi przyjemne mrowienie, a w głowie tylko słowa: Mocy przybywaj.

wtorek, 26 lipca 2011

Frugo Powrotne / gastro faza

Internetowe reklamy z Marianem, zabawne spoty w TV, pykające kapsle.
Samonapędzająca się legenda powróciła. Najzabawniejsze jest to,
że bez żadnej kampanii reklamowej, bez szerokiej dystrybucji,
ludzie drogą pantoflową nie mówią ostatnio tak wiele o żadnym innym płynie.
Magia wspomnień + siła wirusowego przemierzania informacji w sieci.
Brawo dla FoodCare za odkupienie i wskrzeszenie marki,
która jest takim herosem marketingowym. Odpłaci im z nawiązką.



piątek, 15 lipca 2011

15072011 / gastro faza

owoce marketów w niemieckiej miejscowości Remscheid
paskudny red bull z colą
całkiem ciekawa cola z pomarańczą
a w dziale "zza wschodniej granicy"
ŻG z etykietą po angielsku, sześć i pół ojro nie Twoje

wtorek, 12 lipca 2011

myśl powrotna / 40

Niemcy AD 2011 ani mnie specjalnie nie zaskoczyły ani nie zawiodły. Ten wyjazd pokazał mi jak Polska się zmienia. Jak się zmieniła przez te kilka lat. Nasuwa też myśl o tym jaki będzie dalszy kierunek tych zmian. Brakuje nam dzisiaj tylko tysięcy kilometrów ich autostrad i poziomu zarobków. Cała reszta zalała nas dawno nawet jeśli nie zwracaliśmy na to uwagi.




środa, 29 czerwca 2011

wesoły kalendarz / 39

W oddali pociąg, stukoczą tryby, towarowy skład o środku nocy. I ten deszcz, wszystko w rytm mi tu stuka, jak ostatnie kilka dni. Zwariowany weekend, w którym rozkurczałem godziny, zarywałem nocki, ścigałem się z własnym zmęczeniem. Wcześniej żołądkowe przygody, których nie życzę najgorszemu wrogowi, a teraz powinienem się pakować. Za kilka godzin ładuje się w autokar, zakładam słuchawki a z odtwarzacza sączyć się będą podkasty. 1200 km z groszami. Tak na początek, bo to nie pierwsze i nie ostatnie kilometry tego roku. Wiem, że to żaden wyczyn, te wszystkie kilometry, które czekają na mnie w lipcu, sierpniu czy wrześniu ale mocno czuję, że to kolejne ważne historie, spotkania, słowa jakie padną. Pozytywny scenariusz najbliższych miesięcy, a najlepsze, że to nie koniec. Tylko dolarów chyba muszę dodrukować...

wtorek, 21 czerwca 2011

Check me / 38

Przezwyciężanie własnych słabości cieszy mnie bardzo, jednocześnie daje pozytywnego kopa, stymuluje chęć do dalszego działania. Mam nadzieję, że to nie jest słomiany zapał i "za rogiem" nie zaliczę kolejnej porażki. Trzymać kciuki! Natomiast z rzeczy, które idą bardziej topornie to jednym tchem wymieniam pracę i pisanie pracy. Osiągnąłem powiatowe mistrzostwo lenistwa, w tej dziedzinie.
Zgłębiam tajniki najrozmaitszych rozpraszaczy co zdecydowanie nie sprzyja procesom twórczym. Załapałem coś małego na środę, miła odmiana w tym póki co wesołym ale monotonnym trwaniu. I muszę koniecznie wysłać się do PUPy, bo jakby nie patrzeć od kilku dni ubezpieczenia brak, a wiadomo licho nie śpi

sobota, 18 czerwca 2011

w mojej głowie / 37

Witam Was bardzo serdecznie w mojej głowie. Krótko nakreślę Wam możliwości oraz kierunki zwiedzania: Po stronie prawej znajduje się sala doznań, natomiast po lewej stronie zlokalizowana jest sala tortur. Proszę nie hałasować, poruszać się ostrożnie, nie dotykać eksponatów ani nie straszyć trwających aktywności. Sala doznań składa się z rzeczy przyjemnych, są to miłe wspomnienia, pozytywne doświadczenia, mniejsze i większe marzenia. Natomiast w sali tortur natraficie na przykre wydarzenia, na kompleksy, sprawy niepoukładane i to wszystko złe, co nie pozwala czasami nawet skupić myśli. Na wprost od wejścia znajduje się centrum korespondencyjne, dział multimediów i kontaktów z otoczeniem. Natomiast wyjścia ewakuacyjne znajdują się tutaj, tutaj i tutaj. Życzymy miłego zwiedzania i zapraszamy ponownie.

wtorek, 14 czerwca 2011

okruszki /36

Chodzę spać późno i śpię za długo. Z tych prób odespania ostatniego pół roku mam tylko bolesne poranki, w których to przewracam się z boku na bok zupełnie niezdecydowany. Ciało już chyba wyspane, a duchem chciałbym, w tym łóżku jeszcze "5 minut" pozostać. Tak, że jak już wstanę to czuję każdą "obracaną" setki razy część ciała i nagle stwierdzam, że ta monotonia z pozoru krótkich nocy była cyklem dla mnie odpowiednim.
Chciałbym skłamać, że szukam sobie zajęć ale najzwyklejsze porządki, gotowanie czy próba (zmuszenia tej najbardziej leniwej części mnie do) napisania (chociażby jednej kolejnej, od x miesięcy odkładanej) strony pracy to naturalny bieg rzecz. Za to wieczorny spacer (!), piwo wypite w nocy czy możliwość słuchania podkastów podczas gotowania, to już akcenty które poszerzają nie jeden z uśmiechów na twarzy.

sobota, 11 czerwca 2011

rozstania / 35

Znajoma, która razem ze mną odchodziła dzisiaj z zakładu pracy, który chcąc nie chcąc nazywaliśmy przez ostatnie pół roku Domem - powiedziała, że nie zostało tam po nas nic więcej jak dusza. Dodałbym do tego kilka dni bolącej głowy, garść siwych bądź straconych włosów. Mimo tego pozostaje jakiś żal. W środę po południu wszystko odłożyłem na kołek i to był początek mojego końca. Przed dopełnieniem formalności miałem luz, czas na wyciszenie się, poskromienie i ukołysanie myśli. Dzisiaj rano byłem święcie przekonany, że wpadnę, załatwię formalności. Podpiszę co trzeba, oddam co trzeba i co trzeba odebrać odbiorę i wyjdę. Tak przynajmniej mi się wydawało. Powietrze uleciało ze mnie w momencie, w którym musiałem stanąć przed tymi ludźmi, spróbować się pożegnać, powiedzieć kilka słów przez gulę, która utknęła gdzieś w gardle. Wzruszyłem się nie na żarty, gdy uświadomiłem sobie, że nie będę na co dzień oglądał tych wszystkich osób, z którymi i dla których pracowałem. Paradoksalnie ostatnio było tam duszno, ale żal kończyć, w momencie gdy to wszystko się dopiero zaczęło.

Miękki jestem.
A w poniedziałek mam iść porozmawiać z byłą szefową.
I nie wiem kompletnie, po co, na co, w jakim celu?

niedziela, 5 czerwca 2011

niedziela samotności / 34

Nie radzę sobie z opisywaniem rzeczywistości. Ciężko mi pisać, mówić. Myślenie idzie samoistnie, drugorzędną sprawą jest tego myślenia jakość. I tak od kilku dni bezskutecznie mielę swoje emocje przez sitko o coraz drobniejszych oczkach, a efekt tego działania prowadzi donikąd. Męczy mnie ten stan nieumiejętności poukładania faktów, które wydrukowało życie. Ktoś zawiódł, ktoś zaskoczył ale najbardziej nie mogę tych myśli uwolnić od kruchości życia, która pojawiła się tak blisko i w moim odczuciu bardzo niesprawiedliwie. Chociaż tych elementów życia nie da się w kategoriach sprawiedliwości bądź jej braku oceniać.

Poza tym grzeję się w słońcu, jestem aż ciepły z tego słońca. Taki dzień aplikowania sobie przyjemności trochę na siłę, bo niedzielne samotności z natury są szare.

środa, 25 maja 2011

droga do asertywności / 33

Odnajduję coraz więcej przyjemności w wykonywaniu najzwyklejszych czynności. Zacząłem znowu czytać, słuchać, oglądać. Pachnie mi świeżo skoszona trawa i staram się nie narzekać na żar z nieba. Niektórzy pytają mnie czy już się nie przejmuje/ czy mi nie zależy. Zastanawiam się na czym miałoby zależeć, jeśli od ponad 6 tygodni jestem świadom nieuchronnej zmiany, która nadchodzi. Robię to co muszę, nic ponad to. Patrzę jak inni zagryzają zęby. Zastanawiają się może jakby mi tu jeszcze dołożyć swoimi komentarzami, a może to złość na sytuację, której już nie mogą bardziej skomplikować. Odważnie nie daję sobie wmawiać pewnych rzeczy, stanowczo przedstawiam rzeczywistość taką jaka jest wbrew temu, co próbują prezentować niektórzy wokół mnie. Szkoda, że asertywność w moim wykonaniu, zaiskrzyła teraz kiedy tak naprawdę nie mam już nic do stracenia. Jestem "mądrzejszy" o doświadczenia tych kilku miesięcy. To jest bardzo dobra lekcja, bez znaczenia jaki jest jej finał.

poniedziałek, 23 maja 2011

Czeski sen / 32



"Wcześniej nie kupowaliśmy w ogóle wody" - świadomość pewnych rzeczy bywa czasami mocno przerażająca. Żyjemy w świecie, w którym na podstawie tego co lubi większość, co robi większość, z czym obcuje większość "ktoś" kreuje otaczającą nas rzeczywistość. Polecam film "Czeski sen" tym, którzy lubią czasami zastanowić się nad rzeczami tak oczywistymi, że przyjmujemy je takimi jakimi są, nie próbując szukać innych dróg.

piątek, 20 maja 2011

brak snów, brak słów / 31

Z przerażeniem stwierdziłem, że nie pamiętam żadnych ze swoich ostatnich snów. Mógłbym powiedzieć, że nic mi się nie śni gdyby nie wiedza, że człowiek śni codziennie a tylko niektóre z tych snów zapamiętuje. Tęsknie za tymi snami, które przerywane o poranku próbowałem przywrócić zamykając szybko oczy i starając się odpłynąć ponownie w objęcia Morfeusza. Za tymi, które snują niepowtarzalne fabuły w środku nocy i takie, które przychodzą do nas zaraz po zamknięciu oka.

Gdybym śnił w ostatnich dniach, to wyśniłbym sobie daleką podróż PKP. Jechałbym przez cały kraj w rozgrzanym wagonie, z przedziałami pełnymi innych przemierzających Polskę ludzi. Patrzyłbym na krajobraz wyświetlany za oknem i rozmyślał o tym co spotka mnie na miejscu do którego zmierzam. Na miejscu nie musiałbym nic ponad to co sam bym chciał.

I tu uświadamiam sobie od kilku dni, że kiedy skończą się obowiązki na nowo zacznie się beztroska, gdy zacznie się beztroska skończą się środki, które pozwoliłyby ją zagospodarować. Jaka rzeczywistość taka odległość między snem a jawą. Polska wypada w tych odległościach trochę słabo, gdy beztroska tak szybko może przechodzić w brak perspektyw. Obym szybko śnił kolorowe sny.

niedziela, 15 maja 2011

bałagan na strychu / 30

Na moim biurku jak w życiu: wieczny chaos. Plątanina kabli, sterta kartek i karteczek na których obok rzeczy do zrobienia, istotnych szczegółów i tego o czym mam nie zapominać znajduje się też sterta zapisanych bez powodu słów, haseł, nazw produktów. Wypadkowa tego co przechodząc przez moją głowę poszukuje jeszcze drogi ujścia. Najczęściej pojawiające się słowo to muzyka. Nie wiem czy to wina melodyjności tego słowa, zamiłowania do odpowiednio poskładanych dźwięków czy po prostu lubię formę w jaką ubiera te kilka liter. Z boku na pewno nie przypomina to już prób zapisania czegokolwiek o moim życiu, bardziej nazwałbym to rosnącym bałaganem gdzieś na strychu głowy. Bałaganem, który pełznie zajmując coraz większą kubaturę myśli.

środa, 11 maja 2011

zielona majówka / 29

Próbuję sobie przypomnieć kiedy ostatnio było tak zielono. Mam wrażenie, że tak soczystego maja dawno nie było w moim życiu. Przecieram oczy z niedowierzania, bo mam wrażenie, że ktoś zamoczył pędzel w jaskrawozielonej farbie i kręcąc się w koło zostawiał prześliczne zielone pociągnięcia. Rozlewa się to wszystko wokół mnie i powoduje, że uruchamiam resztki chęci na znoszenie całej reszty. Wspominam czas, kiedy po weekendach majowych wracałem do internatu, później na stancję za czasów technikum, do akademika czy na mieszkanie za czasów studiów. Kwitły drzewa owocowe, a zieleń atakowała wszystko naokoło. Mieszkałem w ładnych miejscach. Internat był pomiędzy dwoma wzniesieniami, z jego okien widać było sanatoria otoczone lasami. Zielone ścieżki w parku, (który później jesienią zmieniał się w rudo-żółto-brązowe torowiska beztroskich popołudniowych wędrówek,) cieszyły oko przy każdej jednej pieszej wycieczce. Na 3 roku studiów widok z balkonu naszego mieszkania wychodził na osiedlowy plac. Drzewa, krzewy, dwie ławki. Taka miniaturowa przestrzeń zieleni pomiędzy masą 3 spotykających się w jednym miejscu bloków. Maj to zawsze była obietnica, że "już niedługo". Rok kończył się bezboleśnie, nawet klasa maturalna dzisiaj wydaje się czasem niepotrzebnego stresu przeplatanego masą spotkań towarzyskich. Odwiedziny, rozmowy, nasiadówki, posiedzenia, przyrastanie do parkowej ławki. Małe smaczki, do których wróciłbym chociażby zaraz. Później był to czas zbliżających się sesji, tych łatwiejszych, trudniejszych i tych niezdiagnozowanych, dzisiaj bez znaczenia skoro każda jedna skończyła się lądowaniem na cztery łapy. Pracę licencjacką kończyłem pisać w maju, starałem się przynajmniej intensywnie podgonić wszelkie wcześniejsze objawy lenistwa. Pisanie najlepiej szło w przerwie od malowania sztachet i składania drewnianego płotu, opaliłem się wtedy jak nigdy i miałem poczucie, że nie jestem taki całkiem do niczego, bo przykręcane kolejne elementy tworzyły solidną całość.

Dlaczego ja o tym wszystkim piszę?
Może dlatego, że z jednej strony mam dziwne odczucie, że te błahe z pozoru okoliczności przyrody nie cieszyły mnie dawno tak mocno jak teraz, a z drugiej nie potrafię sobie tego stanu wytłumaczyć, skoro cała reszta ma się raczej średnio. Każdy kolejny etap naszego życia to podnoszenie i podnoszenie poprzeczek. Często wydaje nam się, że już nie możemy więcej, że nie damy radę, albo nawet jeśli to, że osiągnęliśmy szczyt swoich możliwości. Ogólnie, życiowo. A później wszystko zaczyna się od nowa, dochodzimy do momentu, w którym przystawia i znowu odczuwam taką właśnie beznadzieję dochodzenia do jednej z poprzeczek. Tylko jakby mniej mnie cokolwiek pcha, żeby ją przeskoczyć. Nawet ten piękny zielony maj.

czwartek, 28 kwietnia 2011

w 4 literach /28

Nie chcę iść spać. Wydaje mi się, że im dłużej odciągam ten moment, tym później będę musiał: usnąć, przewrócić się kilka razy z boku na bok, wyciszyć kilka budzików, wstać i zacząć nowy dzień. Zastanawiam się czy w miejscu, w którym jestem, ktoś zamiast szukania złego, w tym z czym mierzę się na co dzień, dostrzega też te rzeczy, które są dobre. Wydaje mi się, że trwając dzisiaj ucieknę jeszcze na chwile od jutra. Bo "jutro" to często próba udowadniania całemu światu, że w świecie zależności można wychodzić poza schematy. A za to niestety obrywa się po tyłku.

niedziela, 17 kwietnia 2011

blogowanie w dźwiękach chilli /27

Z przerażeniem czasami stwierdzam, że przestrzeń internetową zbierającą spisane przeze mnie słowa, zdania, całe akapity traktuję jako swoiste oczyszczenie. Stąd bywa, że poza śladowymi ilościami małych radości i codziennych spostrzeżeń kumuluje się tutaj spory ładunek negatywnych myśli, potknięć i emocji. Później następuje cisza, pewne sprawy się prostują, blakną bądź nabierają innych barw i gdy znowu coś uderza mnie w chwili słabości, przychodzę powierzyć światu że "czasami nie jest tak, jak być powinno". Bardzo to wybiórczy obraz życia, łatwo z tego mylnie czytać. Bo np. za rogiem wsłuchacie się we mnie, w pozytywnej dawce słów, w chwili energii która spowodowała, że chciało mi się działać i z tego działania czerpałem radość.
Pasowałoby teraz to wszystko zebrać w całość, poskładać elementy, spróbować dodać to czego nie widać, podzielić przez pół i mieć matematycznie ciągle nieostry obraz mnie.
Ot ta magia odbierania niepoznanego i poznawania nieodebranego jeśli taka chęć zaistnieje.

***
Leniwa niedziela to mała kawa i spora dawka chilli zet. Zazwyczaj gdy wjeżdżam do Rzeszowa od razu odpowiednio stroję radio, aby z głośników lały się te wszystkie dźwięki. Żałuję, że tam gdzie mieszkam na falach krótkich nie mogę odbierać tej stacji. Wpisuję więc odpowiedni adres w internecie, zakładam słuchawki i pociągając kolejny kawy łyk odpływam, w krainę delikatnych dźwięków, którym mógłbym dać się kołysać bez końca.

środa, 13 kwietnia 2011

Zbiera mi się / 26

Kupiliśmy dzisiaj do pracy akwarium. Jedną rybkę wybrałem sam i dumnie nazwałem ją Śliwka na cześć cichego fundatora tej relaksującej przestrzeni, którą wypełnili litrami wody. Zostawiłem kawał stresu tkwiąc tam przed szybą i patrząc jak zimnokrwiste przełykają kolejne bańki powietrza. Zdecydowanie przydałby mi się taki rybkoodbiornik w pomieszczeniu na końcu świata, w którym spędzam "resztę swojego życia".

A wieczorny klimat funduje mi pan Wojtek. Tło, śpiew i trąbka pana Tomka to wszystko powoduje, że aż "zbiera mi się"...

niedziela, 10 kwietnia 2011

zły wiatr /25

Od kilku dni straszliwie wieje, wieczory są nieprzyjemne, a ja wyruszam z domu tylko jeśli zmusi mnie do tego sytuacja. Wziąłem dwa dni urlopu i te godziny wolnego powodują wrażenie niezliczonej ilości czasu. To dobrze, bo potrzebuję czasu na myślenie, sporej ilości czasu. Chociaż podskórnie czuję, że ile bym tego czasu nie miał nie wymyślę nic więcej ponad to co i tak jest i będzie w najbliższych tygodniach. Pokomplikowałem kilka spraw i zupełnie nie wiem jak z tego wybrnąć. Przycisnęło mnie własne lenistwo. Leżę i słyszę jak wiatr hula po okolicy, rozbija się o dach i z hukiem przelatuje tuż nad moją głową. Rozrzucam puste butelki po wodzie i chodzę późno spać. Poprzestawiałem sobie pory dnia i nocy, bo potrzebuje odrealnić się od wszystkiego chociaż na chwilę. Jestem straszliwie sam jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że ile razy i jak wielu ludziom nie próbowałbym przybliżyć chociaż trochę z moich rozterek, to ostateczne rozwiązania i decyzje należą jedynie do mnie.

Na szczęście "zawsze jest jakoś".

wtorek, 5 kwietnia 2011

a w lesie jesień /24

Kupiłem sobie róże. Brzydka doniczka, dwie łopatki ziemi, odrobina zielonych badyli a z nich wyrastają śliczne żółte pączki. Wszystko za 9,90. Zestaw dla wytrwałych. Codzienna porcja wody, odrywanie uschniętych i schorowanych listków, jeśli takie się pojawiają. Ta mała pielęgnacja zwraca się z nawiązką podczas drobnych radości, które rozpływają się we mnie w czasie spoglądania na to proste piękno.  To jedna z nielicznych rzeczy, do których chce się wracać w ostatnich dniach. Szczególnie hipnotyzował mnie widok róży podczas deszczu. Poniedziałkowe odpływanie.             

A w lesie "dalej" jesień.
Powietrze pachnie wiosną, w kalendarzu zalogował się dawno kwiecień, a pod nogami sterty suchych liści. Mimo to cisza, spokój, chęć obcowania z tym co naturalne, nieskazane.

sobota, 26 marca 2011

wiosenne przesilenie / 23

Kurczą się tygodnie. Ten był wyjątkowo wyczerpujący. Przesilenie wiosenne, coś co odbierało dech, podnosiło ciśnienie, powodowało jego skoki, tak że serce wyrywało się z zakutych ram. Po wszystkim najchętniej padałbym jak niedobudzona mucha i nie ruszał skrzydełkami dopóki za ramię nie szarpnie mnie słońce.Fizyczny wrak zależny od pogody i od ciśnienia w zaworach, gdzie tłoczy się krew. Kruche ja.

W głowie wcale nie jest lepiej. Nie radzę sobie tu i tam. Czekam nie wiadomo na co, a to wszystko kończy się ponownym myśleniem o tym co tak naprawdę w życiu chcę robić.

niedziela, 20 marca 2011

wiosna za kółkiem / 22

Wyjątkowo dużo czasu spędzam za kółkiem. Dojeżdżam, wyjeżdżam, zawożę, odwożę, przywożę, jeżdżę. Do pracy, po pracy, na uczelnie. Jeszcze 10 dni marca, a w prywatnym samochodzie dawno wyrobiłem taki przeciętny miesięczny przebieg, a wyjazdów jeszcze nie koniec. Lubię jeździć o tej porze roku. Tzn. są lepsze momenty na jazdę, ale pierwsze chwile ciepła, pierwsze przebijające się promienie słońca sprawiają naprawdę ogromną radość. Sucha nawierzchnia, błękitne niebo i mogę pruć przed siebie, gdzie mnie dziurawe nasze drogi nie poniosą. Chciałbym; łatwo się rozmarzyć za kółkiem o dalekiej, beztroskiej podróży.

wtorek, 15 marca 2011

prawda o Jeżu / 21

Prawda o Jeżu Jerzym jest niestety smutna. Film ma naprawdę dobry PR o czym świadczy mnogość recenzji, mnogość dobrych opinii i szybkie kontry na większość przejawów krytyki. Co ja sądzę? Były chwile, że uśmiechnąłem się szeroko i głośno, całość była przecudnie narysowana co cieszyło oko... ALE zabrakło tego czegoś co połączyłoby to w spójną całość. Jeśli ktoś spytałby czy polecam film jako całość to odpowiedź brzmiałaby NIE. Jednak gdy nie szkoda Wam kilkunastu złotych a całość traktujecie jako ciekawostkę, którą można zobaczyć to i tak poleciłbym wam zaczekać do czasu, aż pojawi się na DVD albo jakaś TV odgrzeje Jeża w poniedziałkowo-piątkowym MegaKinie.

niedziela, 13 marca 2011

dobra niedziela / 20

Późne śniadania w niedzielę są dobre
Sypana czarna jak smoła kawa w niedzielę jest dobra.
Radiowe audycje na które możemy sobie pozwolić w niedzielę są dobre.
Powolne gramolenie się przy garach nawet w niedzielę jest dobre.
Dobra muzyka w niedzielę jest bardzo dobra.
Do sypanej wcześniej czarnej jak smoła kawy w niedzielę czekolada jest dobra.
W niedzielę niedaleka podróż, byle gdzie, byle przed siebie jest dobra.
Popołudniowy spacer w niedzielę jest dobry.
Wieczorna owocowa herbata jest w niedzielę dobra.
I dobre kino w niedzielę jest dobre.
Sen w niedzielę jest dobry.

czwartek, 10 marca 2011

Na wdechu / 19

Jak ja się strasznie cieszę. O jak ja się strasznie cieszę.

Cieszę się, że nie postanawiam sobie postanowień noworocznych postanawiać, bo proszę ja Was drogie panie i drodzy panowie mamy marzec, a właściwie marca dzień dziesiąty mija nam w tempie zastraszającym, a ja kompletnie ale to kompletnie nic z postanowień niepostanowionych, które to tak całkiem przypadkiem, zupełnie niepostrzeżenie, niby ukradkiem miały być w życie wprowadzane nie wprowadziłem, nie zrealizowałem ani ukradkiem nie ukradłem do swojego świata malowanego każdego dnia, przy każdym kroku i każdym gestem wykonywanym w ramach istnienia, żeby coś miało początek i koniec tak samo jak to zdanie, które kropki dawno nie widziało! Kropka.

I co drogie panie i drodzy panowie? Musiałbym ja się teraz sam przed sobą tłumaczyć z tych postanowień postanowionych. Rozliczać, kalkulować, przedkładać obietnicę poprawy do ostatniej instancji własnego postanawiania, że niby to jutro, albo pojutrze tak w ramach terminu ostatniego rychłej ale ciągle odległej, zamglonej, nienadchodzącej przyszłości, w której to miejsce na niejedno życie można znaleźć.

piątek, 4 marca 2011

niepoukładane / 18

Pozwoliłem sobie nie myśleć o wielu sprawach, inne uruchomiły się same, w ramach naturalnej kolei losu. Nowe zajęcia, nowe doświadczenia, wrażenia. Odbieranie kolejnych poranków, otwieranie nowych rozdziałów i przełamywanie pewnych lęków. Obawy okazują się mniejsze niż te wykreowane w mojej głowie, pomimo tego pozostaje tam nić niepewności, stresogenne gdybanie co by było gdyby. Chociaż to dobrze, bo nie mogę pozwolić sobie na nieostrożność. Przekonałem się o tym w poniedziałek. Przyśpieszona akcja serca, nerwowe szperanie po kieszeniach, wizja konsekwencji przez własną nieroztropność. Dwie minuty pęczniejące w nieskończoność. Dobra nauka na początek. Szczególnie, że w tym tygodniu intuicja uchroniła mnie od dwóch wielkich wpadek.
*
Wożę ludzi. Jeżdżę większym samochodem niż zazwyczaj i wydawało mi się, że to auto będzie rosło na drodze wraz z moimi obawami. Nabijam kolejne kilometry i większość obaw odchodzi w niepamięć, zmienia się w coś naturalnego, codziennego. Za chwilę kolejny tydzień i czas oswajania następnego projektu, który w mojej głowie nie mógł od kilku miesięcy nabrać ostatecznego kształtu. Czasami wydaje mi się, że pewne sprawy są nie do przeskoczenia, dopóki nie przychodzi ten moment, w którym nie ma już czasu na zastanowienia, na myślenie. Trzeba działać i samo działanie okazuje się jakby bardziej oczywiste niż wcześniejsze o nim myślenie.

niedziela, 27 lutego 2011

jutro nie umiera nigdy / 17

Zlikwidowałem, wyłączyłem, wysłałem na wczasy, w niepamięć, do diabła, w delegację wysłałem, odwiozłem, zapomniałem, przekląłem wszystkie budziki świata. Zamknąłem zmęczone oczy i nie pamiętałem wcale jaki mamy dzień, jaki tydzień, jaki miesiąc. Najnormalniej w świecie zgasiłem wszystkie światła, zamknąłem wszystkie stronice, wszystkich pootwieranych książek, napoczętych rozdziałów, zdusiłem ostatnie płomienie, zalążki myśli i działania. Nadusiłem klamkę, domknąłem drzwi, w zamku energicznym ruchem przekręciłem klucz, aż jego zgrzyt przeszył głuchą, bez dźwięków już przestrzeń. Zasnąłem tak niesiony w lekkim przeświadczeniu o tym, że jutra już nie będzie i zupełnie ale zupełnie mnie to nie obchodziło.

Jednak poranek był na swoim miejscu. Rozwleczony, sflaczały, wyprany, wypluty, wstępnie bez smaku i zapachu. Ciągnął się nieopisanym zmęczeniem, niewytłumaczalnym jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat przespanych godzin. Za oknem panował spokój, obraz który powodował dodatkowy bezwład ciała, które przy niskiej temperaturze panującej w pomieszczeniu stało się wielkim przyjacielem ciepłego koca, wygodnego materaca i miękkiej poduszki.

sobota, 26 lutego 2011

w oczekiwaniu na se.... sen / 16

Od kilku dni nie marzę o niczym innym jak o sporej dawce nieskrępowanego niczym snu. Takiego czystego, beztroskiego snu, który może trwać tyle na ile mamy ochotę, po którym możemy wstać spokojnie, przeciągnąć się i chodzić po domu w wyciągniętej pidżamie. Światła migoczą mi przed oczami w obłędnym tańcu, a kawa nie ma w sobie już żadnej metafizycznej cząstki, jest gwoździem dla ciężkich powiek, którym pozwalam opadać na chwilę dopiero, gdy nie klei się już nic z tego co próbowałbym zrobić.

niedziela, 20 lutego 2011

gin and sprite by night / 15

Zlizuję z ust mieszankę smaków, słodki cytrusowy i cierpki smak jałowca. Robi mi się ciepło, policzki oblewają się rumieńcem i wszystko przestaje mieć znaczenie. Przynajmniej na chwilę. Za oknem, w przestrzeni przeze mnie tak ulubionej migoczą w kilku odcieniach światła pobliskich latarni. Czarną drogę przeszywają nierozjeżdżone pasy zmrożonego śniegu. W mojej głowie tkwi obrazek z przed kilku godzin. Powoli przejeżdżający tą drogą pług, pomarańczowe migające światło na dachu i dźwięk tej ciężkiej maszyny. Za pługiem sznur świateł, sznur samochodów poruszających się w powolnym tempie. Nikt na siłę nie próbuje przyśpieszyć niedzielnego czasu, skrócić drogi do domu. Zawsze zastanawiają mnie te niedzielne powroty, w dni w które wydawałoby się, że nic ludzie nie muszą. Poszukiwanie odpowiedzi łatwo skrócić myślą o swoich mniejszych bądź większych zajęciach, które w taki i jemu podobny czas powodują, że muszę opuścić ciepły i bezpieczny dom.

Od jutra kolejny tydzień, zastanawiam się na ile podobny do poprzedniego. Chociaż ten dogasający nie odznaczył się właściwie niczym szczególnym. Zlepek podobnych do siebie chwil, z których staram się teraz przypomnieć coś naprawdę wartego uwagi. Zastanawiam się jak to jest, że to trwanie pomimo swojej powtarzalności, prozy dnia powszedniego, chwil o podobnym smaku pozostawia w nas nowe doświadczenia. Każdy miesiąc, rok zmienia mnie bardzo. Ubogaca jednocześnie uświadamiając, że ilość wiedzy bez znaczenia od jej dziedziny zbliża nas do świadomości tego jak wiele nam brakuje i jak wielu rzeczy jeszcze nie wiemy. Dochodzi do mnie, że im więcej wiem tym mniej wiem, im więcej doświadczeń mnie dotyka tym bardziej wydaje mi się, że nie wiem kompletnie jak z pewnymi nawet prostymi sprawami sobie radzić, aby rozwiązanie było rozwiązaniem tym jednym, słusznym, odpowiednim.

poniedziałek, 14 lutego 2011

14

Weekend ciezkich powiek minal. Tydzien ciezkiej glowy. Czas siwych wlosow, upowszechniania kawy, krotkich snow, zdawania i niezdawania egzaminow.

W tym zmeczeniu jest czas na usmiech, na pozytywne okruchy. Nie w ramach resztek, ale jako namiastka czegos wiecej. Za oknem juz nowy tydzien a ja usmiecham sie jeszcze na mysl o problemach wczoraj, o stresach, o tym jak w sobote zaciąłem się w samochodzie. Zaraz zamrucze dzien dobry pod nosem i grzecznie poczekam na wolny dzien, ktorego potrzebuje jak powietrza.
Published with Blogger-droid v1.6.7

piątek, 11 lutego 2011

13

Powietrze miało pachnieć jabłkiem i cynamonem. Zapach jest mdły i duszący. Tak samo jak cały ostatni tydzień. Jak ten przyciskający się do dachu padający od kilku godzin deszcz. Jak gniecione ciśnieniem czoło. Siedzę bezradny i trwonię ostatnie minuty. Nie mogę wykrzesać z siebie chociażby resztek chęci na działanie. Liczę po prostu, że "jakoś to będzie". Tak niewiele ostatnio interesuje mnie ze świata zewnętrznego. W bardzo zdrowy sposób odcinam od siebie politykę naszego pięknego ale smutnego kraju. Gdybym kiedyś chciał sięgnąć po dawne zapiski, po coś więcej niż tylko szkic emocji i próbował umieścić miejsce akcji w czasie to powinienem napisać właśnie, że w Egipcie rozwija się zarodek demokracji. Tylko co obchodzi mnie Kair, Mubarak, rewolucja. Miejsce, w którym nie byłem i pewnie długo nie będę (jeśli w ogóle). Nic nie jest czarne albo białe. Wiem jakie sprawy chciałbym mieć już za sobą, co powinienem jeszcze zrobić na przestrzeni tych kilku może kilkunastu miesięcy, które nadchodzą jednak ciągle robię niewiele, żeby to zmieniać, żeby działać. Funkcjonuje na granicy opłacalności. Buduje nowe relacje z ludźmi, ale nie potrafię ich jeszcze dookreślić. Myślę o przyszłości ale nie widzę ani miejsc, ani sytuacji. Dużo marzę, ale to wszystko fikcja, utopia, nierealne mrzonki. Przynajmniej dzisiaj, gdy Strachy Na Lachy śpiewają

"jestem chory na wszystko 
i nie wiem co mnie tu czeka
jestem chory na wszystko
mam chorobę na powiekach"     a o dach rozbijają się kolejne krople deszczu.

wtorek, 8 lutego 2011

12

Funduje sobie chroniczne niewyspanie. Ciężkie powieki o poranku popychane jak kostki domina. Jedna opada za drugą, a po niej kolejna w ramach syzyfowej pracy podnoszenia ich później przed kolejnym opadaniem. Budzików nastawiam cały tuzin aby o kolejne i kolejne kilka minut przedłużyć tego niewyspania trwanie. Jestem śmieszny w tym niepoukładaniu. Po mrozie skrobię w pośpiechu z szyby szron, brutalnie odpalam diesla i nie pozwalam mu się nawet rozgrzać, by po chwili bezmyślnie ślizgać się na jednej z dróg. I już jestem. Prawie.

O poranku, w niewyspaniu nie myślę o wielu ważnych rzeczach, po prostu idę albo gnam aż zacznie docierać do mnie świat.

sobota, 5 lutego 2011

11 braku czas

Czasu brak, brak czasu. Braku czas! Paradoksalnie bywało tak, że im mniej czasu było mi dane tym więcej rzeczy potrafiłem zrobić. Sam brak, istota nieposiadania to zjawisko permanentne - jednak staramy się stopniować te przestrzenie jednostkami, ubierać je w minuty, godziny, dni czy lata. Toczymy niewidoczną walkę by ugrać ciągle coś dla siebie, by mieć przestrzeń, miejsce, powierzchnie na zegarach i w kalendarzach. A gdy nam to ulatuje, gdy tego nam ubywa, gdy ciągle ktoś, coś nam to odbiera to zaczynamy panikować. Staramy się dopasować do sytuacji, ale oddychamy z większym wysiłkiem, jakby brakowało nam tchu, który kiedyś ma powrócić. Może....
"...już. 
 Za dzień, za dwa, 
Za noc, za trzy,
Choć nie dziś."

środa, 2 lutego 2011

10

Mijają dni wymierzone zapachami. Mrozem o poranku, spalinami, miejscem pracy, mieszaniną wody toaletowej i proszku. Popołudnie pachnie czekającym na mnie obiadem, zmęczeniem, kawą. A kawa pachnie jak cisza i spokój, kawa pachnie jak gwar i życie. Czerń kawy ma w sobie tęczową paletę miejsc, zdarzeń, emocji. Wiele zależy od tego, gdzie się przenieśliśmy by ją wypić, bądź gdzie myśli nas przenoszą gdy ją pijemy. Parzona teleportacja w świetle zapachów, które malują świat.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

09

Nigdy nie zasypiam, jest noc ciemna, przyjemna. Jest kameralnie. Możemy się tulić bez końca, z myślami, ze zmęczeniem. Sami, przytuleni, wpatrzeni w otchłań. Tam świat skrzy się jak iskierki, jak świętojańskie robaczki, jak gwiazdy, jak chwiejny na knocie świeczki płomień. Powietrze pachnie mrozem, świeżością, tajemnicą którą przyniesie poranek.

A o poranku nigdy się nie budzę. Przymykam coraz mocniej powieki, bo pod nimi jak w kinie wyświetlane są kolejne kadry filmu bez scenariusza. Pełna awangarda, nieokrzesany OFF, obietnica że już nic nigdy nie będzie czarno-białe. Przewracam się na oślep ściskając ciepłą poduszkę i rozklejając powoli oko zdaję sobie sprawę z tego, że mimo całej tej oprawy zawsze znowu jest jakiś poniedziałek.

piątek, 28 stycznia 2011

08

W moim radioodbiorniku przestały świecić światła. W tej ciemności i pod osłoną nocy w moim radioodbiorniku Kim Nowak szarpie struny, Kim Nowak dudni w bębny a Kim Nowak krzyczy do mikrofonu. Kim Nowak hałasując wyciszają dogasający tydzień. Gdybym zamknął oczy i odrzucił świadomość, że miejscem akcji jest studio Agnieszki Osieckiej wyobraziłbym sobie niewielką zadymioną knajpę z lepkimi od rozlanego piwa stolikami. Mógłbym usiąść, gdzieś na uboczu i spoglądając na dobrze doświetloną scenę powtarzać, że wszystko już się skończyło, że nic już nie ma a wielką rzadkością są miejsca i chwile, w których możemy jeszcze czuć. Żyć tu i teraz, bez myśli o jutrze, które odbiłoby się wczorajszym piwem i snuło do południa smrodem zakazanego dymu. W moim radioodbiorniku nie ma potencjometrów, nie ma pokręteł a światło dogasło w wątłym zdrowiu, a mimo to nic tak jak on nie pozwala mi na bezkresne wędrówki do krainy "jutra, którego nie ma".

środa, 26 stycznia 2011

07

Szperam sobie w przeszłości. Jestem cichym gościem tych wszystkich zakamarków już dawno nieprzemierzanych. Zaglądam przez ramię, wracam, przypominam sobie o tym co odeszło i mocno myślę co u tych ludzi, którzy tą przeszłość tworzyli, którzy byli kluczowi w ramach tamtych chwil. Pomimo dzisiejszych różnych dróg, pamięć o nich nie przemija, i chociaż możliwość kontaktu jest na wyciągnięcie ręki czasami zastanawiam się, co ja im wszystkim mógłbym teraz powiedzieć...   

wtorek, 25 stycznia 2011

06

Od kilku dni prowadzę nierówną walkę z zamarzającymi drzwiami w samochodzie. Drzwi, zamki, klamki, uszczelki czyli to wszystko co poddaje się ujemnej temperaturze, którą zafundowała nam zimowa pogoda. Rozgrzewanie, zalewanie, psikanie, smarowanie, pstrykanie, rozklejanie, dmuchanie, dłubanie. Wszystko w ramach codziennej porannej gimnastyki na chwilę przed odlotem do pracy powoduje, że z uśmiechem na twarzy narzekam na mojego staruszka, który co rusz wita mnie przymrożony na 100 możliwych sposobów. Na przekór poddając się za każdym razem innej z wspomnianych metod.

niedziela, 23 stycznia 2011

05

Jest niedziela a to znak, że popołudniową porą w radiowej trójce będzie Siesta, to znak że owocowe herbaty znów posmakują jak w żaden inny czas. To czas ciszy, spokoju i skupienia. Chwila w której można się rozmarzyć i rozpływać bez powodu. Za oknem prószy śnieg, nieproszony dla mnie gość pomimo tego, że to jego pora roku. I tylko w niedziele nie przeszkadza mi on wcale do póki nie wspomnę sobie, że jak inni nie lubię poniedziałków, bo są powrotem do życia, w którym gaśnie niedzielna sielanka.

środa, 19 stycznia 2011

04 sny

Mało sypiam i wieczory są nasycone zmęczeniem. Późnym popołudniem czarny piach zalewam wrzątkiem, by cieszyć się jego smakiem, zapachem a przede wszystkim dotrwać do cichej nocy. Coś tak błahego jak miękka poduszka po całym dniu staje się wielką nagrodą. Miękka poduszka podczas blado szarych poranków wyświetla drobne sny, odzwierciedlenie aktualnych spraw, małych obaw a sporadycznie potencjalnych przyjemności, które gasną szybko urywane dźwiękiem kolejnego z budzików.

wtorek, 18 stycznia 2011

03 niezidentyfikowane sprawy

Od dłuższego czasu w moim życiu jako tło przewija się poczucie spraw niezałatwionych. I chyba nie ważne czy istniały, istnieją, będą istnieć poczucie to nie opuszcza mnie na krok. Przystaję w marszu czy w myślach i zastanawiam się czego nie zrobiłem, co odłożyłem na później a jest już czas taki, że wszelkie terminy minęły. Boję się ostatniego dzwonka, ostatniej godziny, ostatnich chwil, w których czasu mogłoby być za mało na te rzeczy niezałatwione, których chłodny oddech regularnie odczuwam na karku. Dzisiaj, a właściwie od jakiegoś nieokreślonego czasu poczucie beztroski to właśnie uczucie pewności, że w chwili obecnej nie zalegają w poczekalni naszego życia sprawy do załatwienia na wczoraj.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

02 etat

Etat ma swoje dobre i złe strony. Rozgryzam każdego kolejnego dnia to co jest fajne a co jest nie tak. Karmię się tymi rzeczami, które mnie cieszą i staram się pozamiatać te rzeczy, które wykrzywiają mój uśmiech w niewyraźnym grymasie. Nie ma złotego środka, albo przynajmniej go jeszcze nie znalazłem. Aklimatyzacja trwa. Poznawanie zależności, podległości, konstrukcji mechanizmów, które napędzają działanie bądź powodują jego brak pozwala nabrać dystansu. A dystans jest potrzebny, żeby nie dać się zwariować już na samym początku.

niedziela, 16 stycznia 2011

01

Całą sobotę byłem w mrowisku. Patrzyłem jak mrówki tłoczą się wokół porzuconych, gdzieś dawno ambicji. Jest cel, są środki by ten cel osiągnąć a wszystko po drodze jakby traciło swoje właściwości. Produkcja makulatury, dyplomów, kulminacja kombinacji wszelkich, by wypłynąć później na rynek którego nie ma. Taka nasza rzeczywistość.

piątek, 14 stycznia 2011

00 czyli dzień...

... w którym chciałbym zacząć.

Jestem, żyję, myślę. Tylko jakby coraz trudniej to bycie, życie, myślenie ubierać w słowa. Przystrajać kolorami, wzorami, krojami. To co jest, trudniej ubierać w słowa i przekazywać dalej, a to z błahego powodu prozy tego istnienia, a to z lenistwa, a to z braku czasu bądź tłumaczenia tego pierwszego tym drugim.

Jestem i powoli oswajam się z tym co nowe, z tym co na początku łączyło drobne lęki z euforyczną chęcią działania. Teraz to strach przed wyzwaniami i układanie się w schemat postępowania. Czekam, aż wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, aż nie będzie tłumaczenia dla powolnego rozruchu, który ogarniał mnie w ostatnich dniach. Jedno wiem na pewno: Ten rok to rok wyzwań... jak każdy poprzedni i każdy następny.