środa, 25 maja 2011

droga do asertywności / 33

Odnajduję coraz więcej przyjemności w wykonywaniu najzwyklejszych czynności. Zacząłem znowu czytać, słuchać, oglądać. Pachnie mi świeżo skoszona trawa i staram się nie narzekać na żar z nieba. Niektórzy pytają mnie czy już się nie przejmuje/ czy mi nie zależy. Zastanawiam się na czym miałoby zależeć, jeśli od ponad 6 tygodni jestem świadom nieuchronnej zmiany, która nadchodzi. Robię to co muszę, nic ponad to. Patrzę jak inni zagryzają zęby. Zastanawiają się może jakby mi tu jeszcze dołożyć swoimi komentarzami, a może to złość na sytuację, której już nie mogą bardziej skomplikować. Odważnie nie daję sobie wmawiać pewnych rzeczy, stanowczo przedstawiam rzeczywistość taką jaka jest wbrew temu, co próbują prezentować niektórzy wokół mnie. Szkoda, że asertywność w moim wykonaniu, zaiskrzyła teraz kiedy tak naprawdę nie mam już nic do stracenia. Jestem "mądrzejszy" o doświadczenia tych kilku miesięcy. To jest bardzo dobra lekcja, bez znaczenia jaki jest jej finał.

poniedziałek, 23 maja 2011

Czeski sen / 32



"Wcześniej nie kupowaliśmy w ogóle wody" - świadomość pewnych rzeczy bywa czasami mocno przerażająca. Żyjemy w świecie, w którym na podstawie tego co lubi większość, co robi większość, z czym obcuje większość "ktoś" kreuje otaczającą nas rzeczywistość. Polecam film "Czeski sen" tym, którzy lubią czasami zastanowić się nad rzeczami tak oczywistymi, że przyjmujemy je takimi jakimi są, nie próbując szukać innych dróg.

piątek, 20 maja 2011

brak snów, brak słów / 31

Z przerażeniem stwierdziłem, że nie pamiętam żadnych ze swoich ostatnich snów. Mógłbym powiedzieć, że nic mi się nie śni gdyby nie wiedza, że człowiek śni codziennie a tylko niektóre z tych snów zapamiętuje. Tęsknie za tymi snami, które przerywane o poranku próbowałem przywrócić zamykając szybko oczy i starając się odpłynąć ponownie w objęcia Morfeusza. Za tymi, które snują niepowtarzalne fabuły w środku nocy i takie, które przychodzą do nas zaraz po zamknięciu oka.

Gdybym śnił w ostatnich dniach, to wyśniłbym sobie daleką podróż PKP. Jechałbym przez cały kraj w rozgrzanym wagonie, z przedziałami pełnymi innych przemierzających Polskę ludzi. Patrzyłbym na krajobraz wyświetlany za oknem i rozmyślał o tym co spotka mnie na miejscu do którego zmierzam. Na miejscu nie musiałbym nic ponad to co sam bym chciał.

I tu uświadamiam sobie od kilku dni, że kiedy skończą się obowiązki na nowo zacznie się beztroska, gdy zacznie się beztroska skończą się środki, które pozwoliłyby ją zagospodarować. Jaka rzeczywistość taka odległość między snem a jawą. Polska wypada w tych odległościach trochę słabo, gdy beztroska tak szybko może przechodzić w brak perspektyw. Obym szybko śnił kolorowe sny.

niedziela, 15 maja 2011

bałagan na strychu / 30

Na moim biurku jak w życiu: wieczny chaos. Plątanina kabli, sterta kartek i karteczek na których obok rzeczy do zrobienia, istotnych szczegółów i tego o czym mam nie zapominać znajduje się też sterta zapisanych bez powodu słów, haseł, nazw produktów. Wypadkowa tego co przechodząc przez moją głowę poszukuje jeszcze drogi ujścia. Najczęściej pojawiające się słowo to muzyka. Nie wiem czy to wina melodyjności tego słowa, zamiłowania do odpowiednio poskładanych dźwięków czy po prostu lubię formę w jaką ubiera te kilka liter. Z boku na pewno nie przypomina to już prób zapisania czegokolwiek o moim życiu, bardziej nazwałbym to rosnącym bałaganem gdzieś na strychu głowy. Bałaganem, który pełznie zajmując coraz większą kubaturę myśli.

środa, 11 maja 2011

zielona majówka / 29

Próbuję sobie przypomnieć kiedy ostatnio było tak zielono. Mam wrażenie, że tak soczystego maja dawno nie było w moim życiu. Przecieram oczy z niedowierzania, bo mam wrażenie, że ktoś zamoczył pędzel w jaskrawozielonej farbie i kręcąc się w koło zostawiał prześliczne zielone pociągnięcia. Rozlewa się to wszystko wokół mnie i powoduje, że uruchamiam resztki chęci na znoszenie całej reszty. Wspominam czas, kiedy po weekendach majowych wracałem do internatu, później na stancję za czasów technikum, do akademika czy na mieszkanie za czasów studiów. Kwitły drzewa owocowe, a zieleń atakowała wszystko naokoło. Mieszkałem w ładnych miejscach. Internat był pomiędzy dwoma wzniesieniami, z jego okien widać było sanatoria otoczone lasami. Zielone ścieżki w parku, (który później jesienią zmieniał się w rudo-żółto-brązowe torowiska beztroskich popołudniowych wędrówek,) cieszyły oko przy każdej jednej pieszej wycieczce. Na 3 roku studiów widok z balkonu naszego mieszkania wychodził na osiedlowy plac. Drzewa, krzewy, dwie ławki. Taka miniaturowa przestrzeń zieleni pomiędzy masą 3 spotykających się w jednym miejscu bloków. Maj to zawsze była obietnica, że "już niedługo". Rok kończył się bezboleśnie, nawet klasa maturalna dzisiaj wydaje się czasem niepotrzebnego stresu przeplatanego masą spotkań towarzyskich. Odwiedziny, rozmowy, nasiadówki, posiedzenia, przyrastanie do parkowej ławki. Małe smaczki, do których wróciłbym chociażby zaraz. Później był to czas zbliżających się sesji, tych łatwiejszych, trudniejszych i tych niezdiagnozowanych, dzisiaj bez znaczenia skoro każda jedna skończyła się lądowaniem na cztery łapy. Pracę licencjacką kończyłem pisać w maju, starałem się przynajmniej intensywnie podgonić wszelkie wcześniejsze objawy lenistwa. Pisanie najlepiej szło w przerwie od malowania sztachet i składania drewnianego płotu, opaliłem się wtedy jak nigdy i miałem poczucie, że nie jestem taki całkiem do niczego, bo przykręcane kolejne elementy tworzyły solidną całość.

Dlaczego ja o tym wszystkim piszę?
Może dlatego, że z jednej strony mam dziwne odczucie, że te błahe z pozoru okoliczności przyrody nie cieszyły mnie dawno tak mocno jak teraz, a z drugiej nie potrafię sobie tego stanu wytłumaczyć, skoro cała reszta ma się raczej średnio. Każdy kolejny etap naszego życia to podnoszenie i podnoszenie poprzeczek. Często wydaje nam się, że już nie możemy więcej, że nie damy radę, albo nawet jeśli to, że osiągnęliśmy szczyt swoich możliwości. Ogólnie, życiowo. A później wszystko zaczyna się od nowa, dochodzimy do momentu, w którym przystawia i znowu odczuwam taką właśnie beznadzieję dochodzenia do jednej z poprzeczek. Tylko jakby mniej mnie cokolwiek pcha, żeby ją przeskoczyć. Nawet ten piękny zielony maj.