Od kilku dni nie marzę o niczym innym jak o sporej dawce nieskrępowanego niczym snu. Takiego czystego, beztroskiego snu, który może trwać tyle na ile mamy ochotę, po którym możemy wstać spokojnie, przeciągnąć się i chodzić po domu w wyciągniętej pidżamie. Światła migoczą mi przed oczami w obłędnym tańcu, a kawa nie ma w sobie już żadnej metafizycznej cząstki, jest gwoździem dla ciężkich powiek, którym pozwalam opadać na chwilę dopiero, gdy nie klei się już nic z tego co próbowałbym zrobić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz